piątek, 12 czerwca 2009

coś

Wciąż dużo pracy :(
Ponieważ jednak już siedem dni mija od poprzedniego wpisu, pomyślałem, że jednak coś wrzucę.
Coś wyciągnę z zamrażalnika i odgrzeję. Jakieś 20 lat tamu, próbowałem coś pisać. Ponieważ wyraźnie mi to nie służyło w pewnym momencie postanowiłem sobie zrobić pięcioletnią przerwę, która już rozciągnęła się na lat 20. W zeszłym roku już raz próbowałem odgrzać tak by zrobić przyjemność temu Darnokowi z przed lat. Wtedy nie wyszło i teraz też pewnie nie wyjdzie. W stosunku do oryginału drobne przeróbki i pominięcia w miejscach, których dziś już nie był bym w stanie strawić.
A więc Flirt cz. 1 (chodziło o Flirt z rzeczywistością, tak żebyście nie myśleli i była druga część tytułu: czyli alternatywna interpretacja coś tam, ale dziś dam sobie spokój i nieco skrócę.)


a więc

Flirt

Przedmowa zamiast noty o ograniczonej odpowiedzialności.

Światło i bum!
Bum i światło!
Światłobum!

Kolejność zdarzeń jest niepewna. Światło porusza się szybciej od dźwięku ale tylko wówczas, gdy ma się w czym poruszać. Na początku niekoniecznie tak było.

Początek mieliśmy tak czy inaczej mocny. Potem już tylko spuszczaliśmy z tonu.
I to co się działo później każdy mógł obserwować sam.
Może więc pisanie czegokolwiek jest natrętne?

Cóż, nadmiarowość chroni ciepło przed mrozem.

Idźmy więc ostrożnie do przodu, tak by nie urazić tych co specjalizują się w rachunkowości. Świat powstał wbrew rachunkom. Wyskoczył zza zaułka, którego chwile wcześniej w ogóle nie było. Czy ten atak na niebyt „nosił znamiona prozaicznej odwagi czy też iście szatańskiej pychy"* do dziś pozostało kwestią nierozwiązaną. Czegoś jednak dowiedziono i od dawna wydaje mi się, że pierwszym pewnikiem powinno być zdanie
„coś może istnieć".


Nie wszystkie występujące w tym tekście postacie naprawdę żyły.
Co poniektóre wymyśliłem.

Nie wszystkie zdarzenia miały miejsce
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Ludzie ciągle się rodzą i na byt wybijają się coraz to nowe sploty ich istnień z materią tego świata.
Uff...
Nie wszystkie myśli, które pragnąłem przekazać są mojego autorstwa. Może nawet żadna z nich...
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Żyjemy - w końcu - na świecie, na którym wiele rzeczy się powtarza.
Umówmy się, że jest on - świat - piękny a będzie.


1.1


Wada poznałem w Berlinie. Czy do naszego spotkania mogło dojść w jednym z licznych innych miejsc?

To ciekawe pytanie.
Niestety nie znam na nie odpowiedzi.

Wad. Nie jedną bezsenną noc spędziliśmy razem. Razem piliśmy, razem śpiewaliśmy, a początkowo, nim jakaś zakochana w porządku gosposia niemiecka nie otarła nam ust pachnącą flanelową szmatką, razem się śmialiśmy.

Wad- jego już nie ma.
Wad. Ciągle pamiętam jego otwarte szeroko oczy, spazmatycznie ponapinane mięśnie twarzy i dłoń, którą osłaniał tą-że, nim wpuszczone w jej płaszczyznę oczy nie straciły blasku życia. Dłoń o długich palcach.

- A więc to tak? - myślałem wtedy, sam nie wiem o czym bo nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.

Długo stałem nad jego stygnącymi już zwłokami daremnie szukając na twarzy śladów ostatniego uśmiechu, który by mówił...
Ach mniejsza z tym co by mówił.

Jego martwe ciało zwinięte było w kłębek, lecz nie taki w jaki zwinięta bywa wełna. Miękki, z- grubsza kulisty z łagodnymi wypukłościami i wklęśnięciami. Przypominało raczej pozałamywaną strunę, gwałtem obcęg zmuszoną do przybrania obcej jej, przestrzennie w sobie zamkniętej postaci.

- Jak to - spytałem się powietrza.
- Takim cię nie będę pamiętał! - obiecałem leżącej u mych stóp wynaturzonej strunie.

Obietnice złamałem.
Pamiętam.

Delikatnie, próbowałem palcami zamknąć jedno z jego oczu a kąciki ust unieść nieco ku górze. Tak by ci co go znajdą sądzili, że na ziemi leży szelmowsko uśmiechający się urwis. Mógł się tego po mnie spodziewać.

Niestety, twarz jego straciła już plastyczność.
Owinąwszy gardło ściślej szalikiem odszedłem.


Dlaczego się nie uśmiechasz Wad. Co teraz?

Była sobie kiedyś, za siedmioma przecznicami
kopa myślącej, żółtej galarety.
Pozbawiona była zmysłów.

Łatwo więc zrozumieć, że niewiele z tego świata pojmowała. Niemniej w drodze wielkiego wysiłku umysłowego udało jej się dojść do kilku prawd.

Gdy kończyła lat 20 pomyślała: - Jestem!, myślę więc jestem!

I odczuła pewną satysfakcję.

W wieku lat 30 umierała. Myślące kopy żółtych galaret nie żyją zbyt długo. I wówczas pomyślała: - Umieram.
I zachowując należytą ostrożność zaryzykowała twierdzenie:

-To dobrze, że nim umarłam, zdążyłam sobie pomyśleć, że jestem.

Tak pomyślała, tak pomyślała. Była to bowiem kopa szlachetnej żółtej galarety.



* to o prozaicznej odwadze wzięte gdzieś z Conrada

cdn.
bo przedawkuję :)
pozdrawiam,
na koniec wideo z muzyką z Doctora Who, łabędzi śpiew z odcinka Doomsday

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz