chcę powiedzieć …
ale tysiąc analiz się temu sprzeciwia
i słowa co już wyzierały
gwałtem z powrotem wpycha
w usta
jeszcze głębiej
aż mi gały na wierzch wychodzą
rąbnę głową o stół a może pomoże
analizuję
nie wiem co czuję
nie wiem gdzie jestem
nie wiem co myślę
nie wiem co to analiza, synteza i dupa jeża
logika?
pozwala mylić się z godnością
i w blasku swojego autorytetu
(to ostatnie z Doctora zerżnąłem)
tak, wiem co mi do gardła z zewnątrz
lada moment skoczy
i czekam
oj czekam
rozerwę ścierwo, krótka chwila satysfakcji
nim ze środka
coś mnie nie ugryzie
usiądę,
zapalę,
blado się uśmiechnę
i zapalę
nim pierwszy papieros zgaśnie
już po trzeci sięgnę
coś trzeba robić....
nadano temu nazwę której nie wymienię
strasznie to popierdolone
ten bukiet hormonów
z obcego jakoś tak ładniej
się wymawia
bo pisze się dosyć zwykle:
bouquet
ale równie wredne tałatajstwo
dusi
niedoczekanie!
wyrównam kołnierzyk poprawię guziki
i wstanę
pamiętam jeszcze zaklęcia
czuję, jak szemrają o ściany naczyń
choćby tych w nadgarstkach
i myślę, że jak zawołam
wyskoczyć są gotowe
więc zbieram siły
zbieram hormony
zbieram miłości
zbieram wiary
zbieram nadzieje
zbieram uśmiechy
żeby więcej nie wymieniać, zbieram wszystko to
co serce zna
lub tak mu się zdaje
zbieram i,
niech będzie,
że w popierdolone bukiety je wiążę,
takie co tylko przez chwilę uświadczysz
nim zmysły ogłuszone
nie pierzchną jak karaluchy po kątach
zostawiając ogłupiałe jądro
dość wściekłe, że dodam
i wołam!
drugi raz dla pewności
trzeci dla zabawy
a jednak -
coś się skończyło
usiądę,
zapalę,
blado się uśmiechnę
wtorek, 23 czerwca 2009
niedziela, 14 czerwca 2009
zamieszkałem
gdzieś w tropikach,
trochę za ciepło i trzeba dużo whisky z lodem przyjmować aby wytrzymywac:))

obserwuję gwiazdy (eee, tak naprawdę czekam na UFO)

mam fajny zegar słoneczny, wokół któego kręcą się planety
(teraz zamknięty bo oficjalnie jest noc a na naoc zauwa się kopuła nad igłą)

planet można dosiadać i kręcić się wkoło jak na karuzeli, pewien minus, planety na których się siedzi dalej wirują i spodnie na d. przecierają

pozdrawiam
trochę za ciepło i trzeba dużo whisky z lodem przyjmować aby wytrzymywac:))

obserwuję gwiazdy (eee, tak naprawdę czekam na UFO)

mam fajny zegar słoneczny, wokół któego kręcą się planety
(teraz zamknięty bo oficjalnie jest noc a na naoc zauwa się kopuła nad igłą)

planet można dosiadać i kręcić się wkoło jak na karuzeli, pewien minus, planety na których się siedzi dalej wirują i spodnie na d. przecierają

pozdrawiam
piątek, 12 czerwca 2009
coś
Wciąż dużo pracy :(
Ponieważ jednak już siedem dni mija od poprzedniego wpisu, pomyślałem, że jednak coś wrzucę.
Coś wyciągnę z zamrażalnika i odgrzeję. Jakieś 20 lat tamu, próbowałem coś pisać. Ponieważ wyraźnie mi to nie służyło w pewnym momencie postanowiłem sobie zrobić pięcioletnią przerwę, która już rozciągnęła się na lat 20. W zeszłym roku już raz próbowałem odgrzać tak by zrobić przyjemność temu Darnokowi z przed lat. Wtedy nie wyszło i teraz też pewnie nie wyjdzie. W stosunku do oryginału drobne przeróbki i pominięcia w miejscach, których dziś już nie był bym w stanie strawić.
A więc Flirt cz. 1 (chodziło o Flirt z rzeczywistością, tak żebyście nie myśleli i była druga część tytułu: czyli alternatywna interpretacja coś tam, ale dziś dam sobie spokój i nieco skrócę.)
a więc
Flirt
Przedmowa zamiast noty o ograniczonej odpowiedzialności.
Światło i bum!
Bum i światło!
Światłobum!
Kolejność zdarzeń jest niepewna. Światło porusza się szybciej od dźwięku ale tylko wówczas, gdy ma się w czym poruszać. Na początku niekoniecznie tak było.
Początek mieliśmy tak czy inaczej mocny. Potem już tylko spuszczaliśmy z tonu.
I to co się działo później każdy mógł obserwować sam.
Może więc pisanie czegokolwiek jest natrętne?
Cóż, nadmiarowość chroni ciepło przed mrozem.
Idźmy więc ostrożnie do przodu, tak by nie urazić tych co specjalizują się w rachunkowości. Świat powstał wbrew rachunkom. Wyskoczył zza zaułka, którego chwile wcześniej w ogóle nie było. Czy ten atak na niebyt „nosił znamiona prozaicznej odwagi czy też iście szatańskiej pychy"* do dziś pozostało kwestią nierozwiązaną. Czegoś jednak dowiedziono i od dawna wydaje mi się, że pierwszym pewnikiem powinno być zdanie
„coś może istnieć".
Nie wszystkie występujące w tym tekście postacie naprawdę żyły.
Co poniektóre wymyśliłem.
Nie wszystkie zdarzenia miały miejsce
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Ludzie ciągle się rodzą i na byt wybijają się coraz to nowe sploty ich istnień z materią tego świata.
Uff...
Nie wszystkie myśli, które pragnąłem przekazać są mojego autorstwa. Może nawet żadna z nich...
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Żyjemy - w końcu - na świecie, na którym wiele rzeczy się powtarza.
Umówmy się, że jest on - świat - piękny a będzie.
1.1
Wada poznałem w Berlinie. Czy do naszego spotkania mogło dojść w jednym z licznych innych miejsc?
To ciekawe pytanie.
Niestety nie znam na nie odpowiedzi.
Wad. Nie jedną bezsenną noc spędziliśmy razem. Razem piliśmy, razem śpiewaliśmy, a początkowo, nim jakaś zakochana w porządku gosposia niemiecka nie otarła nam ust pachnącą flanelową szmatką, razem się śmialiśmy.
Wad- jego już nie ma.
Wad. Ciągle pamiętam jego otwarte szeroko oczy, spazmatycznie ponapinane mięśnie twarzy i dłoń, którą osłaniał tą-że, nim wpuszczone w jej płaszczyznę oczy nie straciły blasku życia. Dłoń o długich palcach.
- A więc to tak? - myślałem wtedy, sam nie wiem o czym bo nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.
Długo stałem nad jego stygnącymi już zwłokami daremnie szukając na twarzy śladów ostatniego uśmiechu, który by mówił...
Ach mniejsza z tym co by mówił.
Jego martwe ciało zwinięte było w kłębek, lecz nie taki w jaki zwinięta bywa wełna. Miękki, z- grubsza kulisty z łagodnymi wypukłościami i wklęśnięciami. Przypominało raczej pozałamywaną strunę, gwałtem obcęg zmuszoną do przybrania obcej jej, przestrzennie w sobie zamkniętej postaci.
- Jak to - spytałem się powietrza.
- Takim cię nie będę pamiętał! - obiecałem leżącej u mych stóp wynaturzonej strunie.
Obietnice złamałem.
Pamiętam.
Delikatnie, próbowałem palcami zamknąć jedno z jego oczu a kąciki ust unieść nieco ku górze. Tak by ci co go znajdą sądzili, że na ziemi leży szelmowsko uśmiechający się urwis. Mógł się tego po mnie spodziewać.
Niestety, twarz jego straciła już plastyczność.
Owinąwszy gardło ściślej szalikiem odszedłem.
Dlaczego się nie uśmiechasz Wad. Co teraz?
Była sobie kiedyś, za siedmioma przecznicami
kopa myślącej, żółtej galarety.
Pozbawiona była zmysłów.
Łatwo więc zrozumieć, że niewiele z tego świata pojmowała. Niemniej w drodze wielkiego wysiłku umysłowego udało jej się dojść do kilku prawd.
Gdy kończyła lat 20 pomyślała: - Jestem!, myślę więc jestem!
I odczuła pewną satysfakcję.
W wieku lat 30 umierała. Myślące kopy żółtych galaret nie żyją zbyt długo. I wówczas pomyślała: - Umieram.
I zachowując należytą ostrożność zaryzykowała twierdzenie:
-To dobrze, że nim umarłam, zdążyłam sobie pomyśleć, że jestem.
Tak pomyślała, tak pomyślała. Była to bowiem kopa szlachetnej żółtej galarety.
* to o prozaicznej odwadze wzięte gdzieś z Conrada
cdn.
bo przedawkuję :)
pozdrawiam,
na koniec wideo z muzyką z Doctora Who, łabędzi śpiew z odcinka Doomsday
Ponieważ jednak już siedem dni mija od poprzedniego wpisu, pomyślałem, że jednak coś wrzucę.
Coś wyciągnę z zamrażalnika i odgrzeję. Jakieś 20 lat tamu, próbowałem coś pisać. Ponieważ wyraźnie mi to nie służyło w pewnym momencie postanowiłem sobie zrobić pięcioletnią przerwę, która już rozciągnęła się na lat 20. W zeszłym roku już raz próbowałem odgrzać tak by zrobić przyjemność temu Darnokowi z przed lat. Wtedy nie wyszło i teraz też pewnie nie wyjdzie. W stosunku do oryginału drobne przeróbki i pominięcia w miejscach, których dziś już nie był bym w stanie strawić.
A więc Flirt cz. 1 (chodziło o Flirt z rzeczywistością, tak żebyście nie myśleli i była druga część tytułu: czyli alternatywna interpretacja coś tam, ale dziś dam sobie spokój i nieco skrócę.)
a więc
Flirt
Przedmowa zamiast noty o ograniczonej odpowiedzialności.
Światło i bum!
Bum i światło!
Światłobum!
Kolejność zdarzeń jest niepewna. Światło porusza się szybciej od dźwięku ale tylko wówczas, gdy ma się w czym poruszać. Na początku niekoniecznie tak było.
Początek mieliśmy tak czy inaczej mocny. Potem już tylko spuszczaliśmy z tonu.
I to co się działo później każdy mógł obserwować sam.
Może więc pisanie czegokolwiek jest natrętne?
Cóż, nadmiarowość chroni ciepło przed mrozem.
Idźmy więc ostrożnie do przodu, tak by nie urazić tych co specjalizują się w rachunkowości. Świat powstał wbrew rachunkom. Wyskoczył zza zaułka, którego chwile wcześniej w ogóle nie było. Czy ten atak na niebyt „nosił znamiona prozaicznej odwagi czy też iście szatańskiej pychy"* do dziś pozostało kwestią nierozwiązaną. Czegoś jednak dowiedziono i od dawna wydaje mi się, że pierwszym pewnikiem powinno być zdanie
„coś może istnieć".
Nie wszystkie występujące w tym tekście postacie naprawdę żyły.
Co poniektóre wymyśliłem.
Nie wszystkie zdarzenia miały miejsce
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Ludzie ciągle się rodzą i na byt wybijają się coraz to nowe sploty ich istnień z materią tego świata.
Uff...
Nie wszystkie myśli, które pragnąłem przekazać są mojego autorstwa. Może nawet żadna z nich...
Ale to przecież nic nie szkodzi!
Żyjemy - w końcu - na świecie, na którym wiele rzeczy się powtarza.
Umówmy się, że jest on - świat - piękny a będzie.
1.1
Wada poznałem w Berlinie. Czy do naszego spotkania mogło dojść w jednym z licznych innych miejsc?
To ciekawe pytanie.
Niestety nie znam na nie odpowiedzi.
Wad. Nie jedną bezsenną noc spędziliśmy razem. Razem piliśmy, razem śpiewaliśmy, a początkowo, nim jakaś zakochana w porządku gosposia niemiecka nie otarła nam ust pachnącą flanelową szmatką, razem się śmialiśmy.
Wad- jego już nie ma.
Wad. Ciągle pamiętam jego otwarte szeroko oczy, spazmatycznie ponapinane mięśnie twarzy i dłoń, którą osłaniał tą-że, nim wpuszczone w jej płaszczyznę oczy nie straciły blasku życia. Dłoń o długich palcach.
- A więc to tak? - myślałem wtedy, sam nie wiem o czym bo nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.
Długo stałem nad jego stygnącymi już zwłokami daremnie szukając na twarzy śladów ostatniego uśmiechu, który by mówił...
Ach mniejsza z tym co by mówił.
Jego martwe ciało zwinięte było w kłębek, lecz nie taki w jaki zwinięta bywa wełna. Miękki, z- grubsza kulisty z łagodnymi wypukłościami i wklęśnięciami. Przypominało raczej pozałamywaną strunę, gwałtem obcęg zmuszoną do przybrania obcej jej, przestrzennie w sobie zamkniętej postaci.
- Jak to - spytałem się powietrza.
- Takim cię nie będę pamiętał! - obiecałem leżącej u mych stóp wynaturzonej strunie.
Obietnice złamałem.
Pamiętam.
Delikatnie, próbowałem palcami zamknąć jedno z jego oczu a kąciki ust unieść nieco ku górze. Tak by ci co go znajdą sądzili, że na ziemi leży szelmowsko uśmiechający się urwis. Mógł się tego po mnie spodziewać.
Niestety, twarz jego straciła już plastyczność.
Owinąwszy gardło ściślej szalikiem odszedłem.
Dlaczego się nie uśmiechasz Wad. Co teraz?
Była sobie kiedyś, za siedmioma przecznicami
kopa myślącej, żółtej galarety.
Pozbawiona była zmysłów.
Łatwo więc zrozumieć, że niewiele z tego świata pojmowała. Niemniej w drodze wielkiego wysiłku umysłowego udało jej się dojść do kilku prawd.
Gdy kończyła lat 20 pomyślała: - Jestem!, myślę więc jestem!
I odczuła pewną satysfakcję.
W wieku lat 30 umierała. Myślące kopy żółtych galaret nie żyją zbyt długo. I wówczas pomyślała: - Umieram.
I zachowując należytą ostrożność zaryzykowała twierdzenie:
-To dobrze, że nim umarłam, zdążyłam sobie pomyśleć, że jestem.
Tak pomyślała, tak pomyślała. Była to bowiem kopa szlachetnej żółtej galarety.
* to o prozaicznej odwadze wzięte gdzieś z Conrada
cdn.
bo przedawkuję :)
pozdrawiam,
na koniec wideo z muzyką z Doctora Who, łabędzi śpiew z odcinka Doomsday
wtorek, 2 czerwca 2009
podzielę się chaosem
ha - mam
myślałem, myślałem i wymyśliłem
a więc jest tak
po głębszych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że dzisiaj jest wtorek
(wczoraj był poniedziałek - ale to nie jedyna przyczyna)
choć gdyby wczoraj była, dajmy na to niedziela, to, czy dzisiaj mógłby być wtorek?
chyba raczej nie, ale czort wie, dziwniejsze rzeczy się zdarzały
jutro będzie środa - chyba jesteśmy co do tego zgodni
pojutrze czwartek - nie słyszę głosów protestu
a popojutrze piątek -
coś bardzo doniosłego zapewne z tego wynika, ale w tej chwili nie mogę sobie jakoś uzmysłowić co
całkiem zgodna z nas gromadka, skoro się w tak wielu, nie bójmy się tego słowa, - zasadniczych sprawach zgadzamy
ktoś będzie na tyle nieodpowiedzialny by twierdzić co innego? nie słyszę...
pogoda przez pierwsze pół dnia do..., no, nie najładniejsza
potem lekka poprawa
ale i tak głowa myśleć nie chce, a nogi nosić
kolejne papierosy i kawy tylko serce i trzewia stresują na złą kondycję głowy nie wpływając
zaglądam w głowę
i gdyby nie to, że moja, to zacytował bym klasyka
- to ja tu widzę niezły b... macie!
jedne myśli zdychają, inne z niewiadomych przyczyn wystrzelają w górę jak kot który się czegoś wystraszył i zapominają opaść
jeszcze inne, nieufnie na mnie zerkają i starają się zniechęcić do stawiania im dziś jakichkolwiek zadań
jak? robią takie miny, że się odechciewa o coś je prosić
kilka rankiem, za drobnymi, wydawać by się mogło, sprawami posłałem
no i się zawieruszyły, po drodze na pewno zapomniały o co chodziło
wysłałem inne za nimi, też przepadły
te pierwsze wróciły wieczorem z wielce niewinnymi minami jakby nigdy nic
coś tam sobie pod nosem gwiżdżąc dla niepoznaki
na moich lotnych ścigaczy już nawet nie czekam
pewnie się zameldują późną nocą z gotowymi bajeczkami
nie warto tego karmić, mówię wam
wczoraj było fajnie
medytowałem sobie w przestrzeni kosmicznej, krążąc wokół i między ciałami niebieskimi
zdjęcia potem pokażę
podobało mi się bardzo
ale widać - medytacja mało skuteczna była
strasznie irytujące jak wolno posuwamy się jeśli chodzi o podbój kosmosu
jak ludzie znoszą to, że tam jest a ich tam nie ma, ja nie wiem
coś o kosztach i celowości bredzą
udają, że tam gdzie są jest im dobrze a nawet i świetnie
kiedyś było inaczej
ale, o czym to ja chciałem
bardzo zajęty jestem
tak, że w tym tygodniu nie wiele mnie będzie w sl
chyba, że na chwilę wpadać będę
tak sprawdzać co tracę :))
pozdrawiam
dodaję zdjęcia

można też poprostu zejść z planetoidy i spadać powoli, próbując lądować na innych obiektach po drodze, na jednym znalazłem łaźnie, ale ciężko było trafiać...




no i w temacie ciał niebieskich nie może zabraknąć:
myślałem, myślałem i wymyśliłem
a więc jest tak
po głębszych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że dzisiaj jest wtorek
(wczoraj był poniedziałek - ale to nie jedyna przyczyna)
choć gdyby wczoraj była, dajmy na to niedziela, to, czy dzisiaj mógłby być wtorek?
chyba raczej nie, ale czort wie, dziwniejsze rzeczy się zdarzały
jutro będzie środa - chyba jesteśmy co do tego zgodni
pojutrze czwartek - nie słyszę głosów protestu
a popojutrze piątek -
coś bardzo doniosłego zapewne z tego wynika, ale w tej chwili nie mogę sobie jakoś uzmysłowić co
całkiem zgodna z nas gromadka, skoro się w tak wielu, nie bójmy się tego słowa, - zasadniczych sprawach zgadzamy
ktoś będzie na tyle nieodpowiedzialny by twierdzić co innego? nie słyszę...
pogoda przez pierwsze pół dnia do..., no, nie najładniejsza
potem lekka poprawa
ale i tak głowa myśleć nie chce, a nogi nosić
kolejne papierosy i kawy tylko serce i trzewia stresują na złą kondycję głowy nie wpływając
zaglądam w głowę
i gdyby nie to, że moja, to zacytował bym klasyka
- to ja tu widzę niezły b... macie!
jedne myśli zdychają, inne z niewiadomych przyczyn wystrzelają w górę jak kot który się czegoś wystraszył i zapominają opaść
jeszcze inne, nieufnie na mnie zerkają i starają się zniechęcić do stawiania im dziś jakichkolwiek zadań
jak? robią takie miny, że się odechciewa o coś je prosić
kilka rankiem, za drobnymi, wydawać by się mogło, sprawami posłałem
no i się zawieruszyły, po drodze na pewno zapomniały o co chodziło
wysłałem inne za nimi, też przepadły
te pierwsze wróciły wieczorem z wielce niewinnymi minami jakby nigdy nic
coś tam sobie pod nosem gwiżdżąc dla niepoznaki
na moich lotnych ścigaczy już nawet nie czekam
pewnie się zameldują późną nocą z gotowymi bajeczkami
nie warto tego karmić, mówię wam
wczoraj było fajnie
medytowałem sobie w przestrzeni kosmicznej, krążąc wokół i między ciałami niebieskimi
zdjęcia potem pokażę
podobało mi się bardzo
ale widać - medytacja mało skuteczna była
strasznie irytujące jak wolno posuwamy się jeśli chodzi o podbój kosmosu
jak ludzie znoszą to, że tam jest a ich tam nie ma, ja nie wiem
coś o kosztach i celowości bredzą
udają, że tam gdzie są jest im dobrze a nawet i świetnie
kiedyś było inaczej
ale, o czym to ja chciałem
bardzo zajęty jestem
tak, że w tym tygodniu nie wiele mnie będzie w sl
chyba, że na chwilę wpadać będę
tak sprawdzać co tracę :))
pozdrawiam
dodaję zdjęcia

można też poprostu zejść z planetoidy i spadać powoli, próbując lądować na innych obiektach po drodze, na jednym znalazłem łaźnie, ale ciężko było trafiać...




no i w temacie ciał niebieskich nie może zabraknąć:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
